Czyli czego się zdążyłyśmy nauczyć, a czego jeszcze nie
Kategorie: Wszystkie | - Złap mnie, jeśli... - | AllAnother | Nowa testowa kategoria | Programowanie w C | Stare
RSS
czwartek, 24 października 2013
Epizod 5: Ostatnia szansa
W tej chwili wklepałam polecenia uruchomienia Jazz Jackrabbita w DOSBoxie i wskoczyłam do otwierającej się aplikacji. Wzięłam ze sobą konsolę DOSBoxa i normalną, żeby czasem Hwast nie mógł jej wykorzystać do wyłączenia aplikacji. Dało mi to nad nim małą przewagę.
Powitało mnie krótkie intro i już mogłam przejść do menu głównego. Spotkałam tam Menadżera Konfiguracji gry. Wyglądał jak królik o białym futerku. Widocznie twórcy naprawdę mieli hyzia na punkcie tych zwierzątek, że nawet w tej części gry je umieścili.
– Witam drogiego użytkownika – królik odezwał się do mnie uprzejmie. – W czym mogę ci pomóc?
– Zaraz, zaraz... – Zdziwiłam się mocno. – Jakim cudem anglojęzyczna aplikacja mówi po polsku?
– Cóż... – Aplikacja zamyśliła się. – Siedząc te 7 lat na polskich torrentach strasznie się nudziliśmy razem z kolegami. A że wasz tajemniczy język bardzo nam się spodobał... Nie było łatwo, ale jak widzisz teraz już radzę sobie bez problemu.
Nie da się ukryć, że królik zrobił na mnie wrażenie, jednak niestety nie miałam czasu na dłuższe dyskusje w temacie.
– Chciałabym prosić o dostęp do Setup Options – powiedziałam.
– Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem.
Po chwili rozwinęły się dostępne opcje. Do wyboru miałam ustawienia głośności, konfiguracja joysticka, klawiszy i grafiki.
– Wiem, że to dziwne – zwróciłam się znów nieśmiało do konfiguratora – ale czy to ja sama mogłabym być urządzeniem do kierowania, yyym... głównym bohaterem?
– Chcesz tak po prostu wcielić się w naszą gwiazdę, Jazza Jackrabbita? Bez żadnej klawiatury czy joysticka? – Popatrzył na mnie wielkimi, nieco przelęknionymi oczami. – Czy ty wiesz, jakie ryzyko podejmujesz?
– Podejmuję ryzyko, gdyż ty i ja jesteśmy w niebezpieczeństwie. Oprócz tradycyjnego ratowania Carrotus i księżniczki Ewy Długouchej, muszę ratować siebie, ten komputer i... cały świat. Wasza pomoc jest niezbędna, inaczej wszyscy ostatecznie zostaniecie schrupani przez wirusy. Błagam was, pozwólcie mi pomóc.
– Dziwne rzeczy opowiadasz... – Program nadal nie dowierzał, ale widać było, że się przejął. – Niech Ci będzie. Może da się to zrobić. Tylko nie zgub ani jednego piksela – zawahał się. – Jazz ma być cały i zdrowy. Umowa stoi?
– Przyjmuję ją z chęcią. Chcę, abyś wykrywał mnie jako klawiaturę. Pokażę ci, jak moje ruchy mają być interpretowane, zmień grafikę na najwyższe detale, głośność gdzieś na 50%... – pouczyłam fachowo, zastanawiając się, kiedy Hwast zorientuje się, co jest grane – Po tym done i proszę o udostępnienie opcji new game.
– Już się robi.
Program natychmiastowo wykonał moje polecenia. Zostały mi jeszcze tylko kilka kroków, aby się dostać do świata gry. Jeszcze tylko wybór poziomu trudności i wybór epizodu. Jeśli chodzi o to pierwsze, to rozważałam łatwy i turbo. Czy ułatwić sobie życie wybierając łatwy czy utrudnić je Hwastowi i w razie niefarta odejść w wielkim stylu wybierając turbo? Czas płynął, a ja ciągle nie mogłam się zdecydować. Biały królik popukał mnie w ramię.
– Pośpiesz się trochę. Ja tu mam jeszcze inne rzeczy do konfiguracji!
– Inne rzeczy? – przebudziłam się z zamyślenia – A jakie, jeśli można wiedzieć?
– Nie mogę tego powiedzieć.
– Ależ oczywiście, że możesz.
Program podrapał się po uchu. Tak, nic nie stało na przeszkodzie, by mi pokazał, ale chyba przewidział, że to, co zobaczę, nie poprawi mi nastroju.
– Dobra – ustąpił, domyślając się, że inaczej nie dam mu spokoju. – Pokaże ci. Dam ci na chwilę moją lornetkę.
Wzięłam ją do ręki i zamurowało mnie. W oddali, tuż przy wejściu do programu kręcił się Hwast z agentami.
Już mnie znalazł! Cóż, trudno powiedzieć, żebym zaskoczyła ich swoim posunięciem. W końcu nic innego nie nadawało się do użytku.
Niezła ta lornetka. Oprócz obrazu przybliżała dźwięki. W tamtych czasach to wiedzieli, jak ułatwić życie aplikacjom.
– Ona tu musi być! – wydzierał się Horacjusz – To jedyna aplikacja, której nie zablokowałem.
„No jasne” klepnęłam się ręką w czoło „Pułapka... Ale jeszcze zobaczymy, dla kogo!”
– To nie mógł pan zostawić jakiejś takiej, która się na pewno nie uruchomi? – jeden z agentów wyraził swoje zniecierpliwienie kładąc nacisk na słowo „na pewno”.
– Skąd miałem wiedzieć, że ktokolwiek jeszcze jest w stanie korzystać z tak starej gry? – tłumaczył się Hwast.
– A nie mógł jej pan uszkodzić?
– Nie było czasu przecież!
– A nie mógł..? – spróbował ten sam mężczyzna po raz trzeci.
– Nie! Nie mogłem!
– Czyli nie zdążymy na „M jak Mikroprocesor”... – jęknął ktoś, co już było najlepszą drogą do tego, żeby doprowadzić Hwasta do ostateczności.
– Zamknąć się wszyscy! – warknął, aż lornetka pisnęła – Szukać jej! I kiedy się wreszcie skończy to durne intro! Ten zielony królik zaczyna mi już działać na nerwy.
Fantastycznie, Hwast zaraz tu będzie, a ja ciągle stoję przed wyborem poziomu trudności, o epizodzie nie wspominając. Musiałam podjąć jakąś decyzję i to szybko. Po rozważeniu wszystkich za i przeciw doszłam do wniosku, że i tak mi wszystko jedno i lepiej wybiorę turbo – w końcu i tak nie mam nic do stracenia.
– Proszę, oddaję ci twoją lornetkę – delikatnie wyrwałam królika ze stanu bezczynności.
– Dziękuję. A więc wie pani już, jaki poziom trudności wybrać?
– Tak, już wiem. – Wzięłam głęboki oddech. – Wybieram turbo.
Turbo? – palnął, zaszczycając mnie unikatową miną, która zdarza się tylko wyjątkowo zadziwionym programom. – Chyba cię sforma.. tfffuu... Znaczy... Eee... Twoje życzenie jest dla mnie rozkazem...<
Mimo pierwszej reakcji bez mrugnięcia okiem wykonał kolejne polecenie i rozwinęło się przede mną ostanie menu umożliwiające wybór epizodu. A właściwie... uniemożliwiające – lista była pusta! Spojrzałam pytająco na królika.
– Gdzie się podziały epizody?
– To jest właśnie to ryzyko, o którym ci wspomniałem. Możesz wybrać wszystko oprócz epizodów. Zostanie ci przyznany losowy.
– Ale... – Spanikowałam. – Nie mogłeś tego powiedzieć wcześniej? Znaczy: jaśniej? Nie znam wszystkich epizodów... Mogę nie dać rady na poziomie turbo...
– Zawsze możesz się cofnąć i zmienić ustawienie.
„Mogę, ale ciekawe, co na to Horacjusz” pomyślałam zdenerwowana.
– W takim razie... – Rozważyłam ostatni raz. – Dobrze, niech będzie turbo.
– OK – potwierdził królik. – Powodzenia.
Coś zaczęło mnie wciągać. I to bardzo mocno. Potem poczułam dziwne uczucie i straciłam na chwilę przytomność. Jedną z rzeczy, jakie tuż przed tym zobaczyłam był Hwast i jego ludzie, witający się z Menadżerem Konfiguracji. Obym nie zmarnowała swojej ostatniej szansy na ratunek.
piątek, 25 stycznia 2013
Epizod 4 Dzień jak co dzień

Jak zwykle ten nudny monotonny dzień. Jak to ktoś kiedyś powiedział: Życie to jeden wielki algorytm. I tu można się z nim zgodzić. Siedziałam na komputerze i odpowiadałam na wiadomości. A tu „Kociara pomóż mi z tą zagadką z drzwiami”, „Kociara mam z tym problem” i tak w kółko. Jakby naprawdę jedyne, co ludzie potrafią, to od czasu do czasu kliknąć w ENTER. Ale skoro ja jestem ich ostatnią deską ratunku to trudno, poświęcam im odrobinie swojego cennego czasu... Dobra, trochę więcej niż „trochę”. Ale pewne wydarzenie przerwało monotonię tego dnia.
Przyznam się, że mam dziwaczne hobby. Mianowicie polega ono na łapaniu dzikiego malware i robienie na nim eksperymentów. Ile frajdy, a do tego najciekawsze okazy można wysyłać do laboratoriów antywirusowych i jeszcze dorobić trochę grosza. Cóż, trudno się utrzymać z marnej pensji pracownika help desku.
Wklepałam kilku kolegom „zw” i sięgnęłam po jeden z zapuszczonych ostatnio w sieć honeypotów. Kiedy wytrzepałam jego zawartość, moim oczom ukazała się słodko wyglądająca mała kreaturka.
- Proszę zainstaluj mnie. Jestem bardzo pożytecznym programem – próbował zamydlać programik cieniutkim głosem mała kreaturka, wyczekując przy tym oczy i wymachując rączkami
Zaprowadziłam go do maszyny wirtualnej, pokazałam, gdzie ma się rozpakować i pozostało mi tyko czekać na to, co też będzie ten programik wyrabiać. Był bardzo spokojny, podczas instalacji nadal ukrywał swoją prawdziwą naturę, ale miałam już doświadczenie i wiedziałam, że większość aplikacji zrzucało swój kamuflaż dopiero jakiś czas później, że niby z zaskoczenia. I w tym przypadku nie było inaczej. Dopiero gdy zostawiłam go sam na sam z systemem zaczął atakować, co się dało. Aż się zdziwiłam, że nie zauważył tego, że jest w wirtualnej maszynie. W jednej chwili pogryzł mi kilka exe'ek, pozarażał kilka plików com, pozakładał kilka keylogerów w ramach prowadzenia podsłuchu, już chciał zaszyfrować mi dysk i szukał połączenia z internetem, aby czekać na rozkazy jego prawowitego właściciela. Co tu się dziwić, wkońcu normalna aplikacja nie pcha się do honeypotów. Po kilku minutach obserwacji postanowiłam złożyć mu wizytę. Nie było się łatwo do niego dostać, bo narobił straszny bałagan.
– Witam, szanownego admina! – klasnął w łapki na mój widok z naiwnym poczuciem bezkarności – Dziękuje za instalację, exe'ki były przepyszne.
– Oj, nie wytrzymałeś – uśmiechnęłam się do niego złośliwie.
– Co ja niby nie wytrzymałem?! – zdziwił się programik pochrupując jakąś kontrolkę – A na co miałem czekać? Kiedy już użytkownik łaskawie spełni moją socjotechniczną prośbę o instalację i straci mnie z oczu pozostawiając system otworem... – rozprawiał zerkając na mnie z pewnym niepokojem – Ale widzę, że ty... nie jesteś specjalnie zaskoczona...
– Nie wytrzymałeś i już – uśmiechnęłam się kpiąco mając w planie wyjaśnienie mu paru rzeczy, w tym bardzo istotne: kto tu rządzi – Takie programy jak ty właściwie zawsze zrzucają swoje przebranko natychmiast po instalacji. Nie mogłeś mnie zaskoczyć i jeszcze trochę poudawać niewiniątko?
– Normalny użytkownik nie instaluje malware świadomie... Czyżbyś była... – mówi coraz bardziej przerażonym głosem – jedną z tych gości z laboratoriów antywirusowych..?!
– Gorzej. Na swoje nieszczęście, trafiłeś do amatora obserwacji malware i będziesz brał udział w paru interesujących eksperymentach, ale... – obserwując jego niepocieszoną minę udawałam, że się zastanawiam – jeśli okażesz się ciekawym okazem, to chętnie wyślę Cię do laboratoriów antywirusowych. A tak na marginesie Ci powiem – dodałam na koniec od niechcenia – że nie jesteś w fizycznym systemie operacyjnym.
– Nieeeee! – maleństwo przystąpiło do zapowiadanej wcześniej socjotechniki i zalało się łzami, próbując odciągnąć moją uwagę od faktu, że programy nie płaczą – Wpadłem w pułapkę! Zrobię dla ciebie wszystko, tylko nie wysyłaj mnie do tych gości. Oni są okropni! Proszę nie rób mi tego! Proooszę?
– Akurat dzisiaj mam dzięki tobie bardzo dobry humor, więc cie zostawię. Przygotuje Ci miejsce i będziesz mógł poznać swoich kolegów z branży. Tylko posprzątaj ten bałagan.
Maluch natychmiastowo spełnił moje życzenie. Gdyby móc go wykorzystać do sprzątania pokoi na zamówienie, byłby to niezły interes, pomijając jedynie, że jego obecność groziłaby katastrofą. Zgodnie z umową zaprowadziłam go do miejsca, gdzie mam zwyczaj trzymać malware. Wskazałam, gdzie ma się rozgościć i w międzyczasie poszłam do kuchni zrobić sobie kanapki i herbatę. Niestety, kiedy po paru minutach wróciłam, czekała na mnie nie miła niespodzianka.
Od razu pożałowałam, że byłam dla niego aż tak miłosierna – nie było go na maszynie wirtualnej. Nie wiedziałam, jak, w każdym razie uciekł i nie miałam wątpliwości, że w tej chwili wyrabia szkody na fizycznym systemie ostro się ze mnie śmiejąc. Błyskawicznie opuściłam maszynę wirtualną, wzięłam ze sobą antywirusa i pobiegłam szukać tego cwaniaka. Nic z tego, przepadł jak kamień w wodę. Jedną oznaką jego obecności były zablokowane aplikacje, ponadgryzane ikonki i porysowany kod maszynowy. Jakby tego było mało, stałam się jeszcze bardziej głodna.
Zmęczona wróciłam na chwilę do stolika i zabrałam się za jedną z kanapek, którą sobie niedawno zrobiłam i popijając herbatą podejrzliwie obserwując monitor. Ku mojemu zdumieniu nagle pojawił się przede mną sam poszukiwany. To on, napewno, wyglądał tak samo jak kilka minut wcześniej, jednak już z daleka widziałam, że... coś tu jest nie tak. Kiedy podszedł bliżej i zabłysnął zerami i jedynkami prawda okazała się bardziej zaskakująca niż mogłabym sądzić. Moim oczom zamiast nowopoznanego szkodnika ukazał się ktoś zupełnie obcy. Prawie obcy... Miałam z nim styczność kilka razy w życiu, a tu, w cyberprzestrzeni łatwo było mi to uchwycić.
– A widzisz, mój drogi nerdzie, jednak wytrzymałem – wyszczerzył zęby w irytującym uśmiechu – To ty dałaś się złapać w moją pułapkę! I kto tu jest lepszy, lamerku? Hmm?
– Horacjusz Hwast? – jęknęłam – Nie wierze własnym oczom! Co... ty... tutaj robisz?
– Dorabiam – skrzywił się nieco – Tak się nieszczęśliwie złożyło, że ten okropny Charyzjusz Chakier zajął mi wszystkie najlepsze miejscówki do chakierowania. Ale ja się bardzo chętnie odegram – na powrót się rozpromienił doprowadzając mnie tym do białej gorączki – A wracając do tematu... Zauważyłaś, że zablokowałem Ci wszystkie twoje ukochane aplikacje i, co najlepsze, dostęp do sieci? Wygląda na to, że nie masz dokąd uciec. Mam dla ciebie idealną propozycję. Poddaj się, a ja i twoje wirusy zostawimy cię w spokoju, a jak szybko się dogadamy... to może i twoim danym niewiele się stanie... – popatrzył na mnie z zaciekawieniem i dokończył słodko – To co, umowa stoi?
Stałam zdębiała, ale nagle zrozumiałam, że mam nad nim małą przewagę. Nie przewidział, że robię backupy. Naiwniak! A tam, dam mu chwilową satysfakcje z tego, że niby ich nie robię. A niech się cieszy, coś mu się należy po tych ciężkich chwilach z Charyzjuszem.
– O nie! Nie robiłam backupów! – złapałam się za głowę – To straszne co mi zrobiłeś! Ale... moja odpowiedź to nie!
– Ah, tak? Prędzej czy później zmienisz zdanie!
Usłyszałam kroki. Dużo kroków... Widok ubranej na czarno grupki osób prawie przyprawił mnie o zawał serca. To agenci specjalni! Jedynym wyjściem była ucieczka, ale którędy, skoro Hwast zablokował mi dostęp do sieci? Próba naprawienia tego zajęłaby mi zbyt dużo czasu. Ucieknę do cyberprzestrzeni, może tam jakoś uda mi się zyskać trochę czasu i spokojnie wymyślić plan pozbycia się smutnych panów w czarnych garniturach i Hwasta.
– Panowie, co was tutaj do mnie sprowadza? – zagadnęłam mimo wszystko.
– Wiemy, że masz informacje, których potrzebujemy – wyjaśnił jeden lakonicznie, kiedy mnie otaczali – Poddaj się, nie ma stąd ucieczki.
– Hmm... A cóż to za okazja, że nagle zaczęły was interesować informacje, które posiadam? – zagadywałam.
– Dowiesz się w swoim czasie.
– A nie mogliście mnie zabrać wcześniej? Mieliście tyyyle okazji, a z nich nie skorzystaliście.
– Mogliśmy. Ale to teraz jesteś nam potrzebna.
– Miło się rozmawiało – powiedziałam, kiedy stwierdziłam, że niczego się już więcej od nich nie zdążę dowiedzieć – Ale ja już będę zmykać i nie przeszkadzam.
Zanim się obejrzałam skończyłam do klawiatury, od której jeszcze nie zdążyli mnie odgrodzić, wystukałam magiczne zaklęcie i zanim się obejrzeli, już byłam w cyberprzestrzeni. Tylko mignęły mi ich zdziwione miny. Pewnie za chwilę tu będą, ale jak na razie muszę uporać się z Horacjuszem Hwastem. W czasie gdy go szukałam, zauważyłam, że spośród wszystkich aplikacji, jedyną której nie zdążył zablokować, był DOSBox – moja ulubiona gra Jazz Jackrabbit wciąż działała. „Może Hwast zapomniał zablokować DOSBoxa?” pomyślałam z nadzieją i pobiegłam do miejsca, z którego mogłam go uruchomić. Natychmiast wpisałam do programu kilka poleceń, aby sprawdzić poprawność mojej tezy. Myliłam się – z jakiejś nieznanej mi przyczyny jedynym moim ratunkiem musiał być Jazz Jackrabbit.
W młodości uwielbiałam w niego grać i jakoś ostatnio bardzo chciałam pograć jeszcze raz. Jak można nie kochać takiego zielonego królika z długimi uszami i dużą bronią? I tamtejsza księżniczka... Jej sukienka ma taki dekolt, że odsłania graczom jej wszystkie królicze walory.
Użyć przeciwko nim moją starą grę? Brzmi niczym szaleństwo. Ale to moja jedyna szansa na ratunek.

środa, 09 lutego 2011
Epizod 3: Nerdy, wszechświat i cała reszta
Pomimo tego, co działo się tu zaledwie kilka dni temu, w przytulnym i szalenie eleganckim gabinecie z wielkim oknem na miejskie ulice prawie nic się nie zmieniło. „Prawie”, bo tymczasowo zmienił się jego rezydent. Na smukłym drewnianym wieszaku wisiał długi czarny płaszcz. Jego właściciel stał obok szerokiego krzesła obrotowego i opierając dłonie na blacie biurka wpatrywał się w morze samochodów kilka pięter pod sobą. Wszelki ruch zaczynał już powoli ginąć w narastającym mroku wieczora i chaosie kolorowych lamp. Podobało mu się. Dotychczas zjawiał się tu zaledwie od czasu do czasu, kiedy dyrektor go potrzebował, wchodził i zaraz wychodził. Zdecydowanie więcej czasu spędzał nadzorując pracę programistów w nieoficjalnym oddziale firmy. Teraz okazało się, że nikt nie jest w to bardziej zaangażowany niż on i kiedy trzeba było coś zrobić z nagłym zniknięciem szefa, kilku ludzi zdecydowało o powierzeniu głównego gabinetu właśnie jemu (z lekko spreparowanym życiorysem). Nie bardzo rozumiał ten wybór – stopień jego wtajemniczenia nie tłumaczył wszystkiego. Do tego mógł swoją osobą sprowadzić na organizację prawdziwe kłopoty.
Po krótkiej reflexji jednak doszedł do wniosku, że nie obchodzi go to na tyle, żeby rezygnować z okazji, jaka mu się przytrafiła.
– Panie Hytry... – w drzwiach pojawiło się nagle troje z pracowników, których parę godzin temu zostawił sam na sam z zadaniem wyłapania jakichś informacji. Byli lekko zdenerwowani, jednak nie na tyle, żeby szef mógł jasno stwierdzić, że nic nie mają. Kiedy w milczeniu skierował na nich wzrok zgodnie uznali to jako zachętę.
– Dowiedzieliśmy się o niej jednej rzeczy – zaczęła jedyna kobieta w składzie i jedna z dwóch w całej organizacji – Naprawdę nie jest chakierką. Poza tym tak naprawdę wiemy o niej tyle, co dwie godziny temu, ale... – natychmiast przeskoczyła do właściwego tematu, żeby jej przełożony czasem nie zdążył się zdenerwować – Ale wiemy, kto będzie wiedział – po czym urwała i czekała na reakcję.
Hytry powoli przebiegł wzrokiem całą trójkę i chwilę rozważał, czy warto zawracać sobie głowę.
– Szefie – zagadnęła znowu kobieta delikatnie – Wiemy, że to nie do końca o to panu chodziło, ale z pewnością ta informacja może nas uratować.
– Dobra, Lisiecka, słucham.
– A więc... Pamięta pan ten projekt, który niegdyś bardzo nam ułatwił łapanie chakierów i zmuszanie ich do współpracy? Kiedy szukaliśmy różnych ludzi o pewnych specyficznych umiejętnościach i...
– ...i przy pomocy hipnozy zmienialiśmy ich w automaty gromadzące informacje o chakierach – odpowiedział Hytry zaskoczony – Tak, coś tam pamiętam.
Jasne, że pamięta... Fantastyczne brygady informatyków, techników, psychologów i tych zaprogramowanych wariatów, którzy robili wszystko za każdy dodatkowy bit danych... Tyle że pewnego dnia był to bit zdecydowanie nie z tego miejsca i nie w tym czasie. Jakoś tak wyszło, że 1. kwietnia nieco się przeciągnął i jakiś kretyn na powrót nie wykluczył komputera szefa organizacji z globalnej listy wyszukiwań. Oczywiście, normalnie nie mogłoby się to zdarzyć, ale akurat wtedy większość mocy obliczeniowej przerzucono z systemów nadzorujących badania na programy kryptograficzne walczące z RSA w szyfrze Departamentu Obrony USA i obiekty badań nie były aż tak surowo monitorowane. Nie, tego nie dało się zapomnieć. Instrukcje mówiły jasno: szukać informacji. Jeden namierzył obiekt (jak przedarł się przez zabezpieczenia??), jakiś inny podchwycił strumień danych, wzbudził zainteresowanie pozostałych... Hytry sam nie pamięta, jak to zatrzymali. 70% bazy danych podublowane, pamięć wirtualna zapchana... Nawet /dev/null próbowali nadpisać, nie mówiąc o przeprogramowywowaniu nieprzeprogramowywalnej pamięci PROM...
– To właśnie dzięki tym informacjom udało nam się znaleźć większość naszych najzdolniejszych informatyków... – szef ostro wyrwał się z zamyślenia – Ale co to ma do rzeczy?
– Jak pan pamięta, dzięki tym umiejętnościom złapanie jakiegoś chakiera albo przynajmniej zebranie informacji o nim było proste jak bułka z masłem. Dopóki media nie odkryły wszystkiego... – w jej głosie pojawiła się drwina – ...projekt działał fantastycznie. Dziesiątki ludzi przeszukiwały internet z nieopanowanej potrzeby gromadzenia danych. Tymczasem teraz odkryliśmy, że w sieci istnieją ludzie, którzy podobnie jak w tamtym projekcie mają zdolność gromadzenia informacji o chakierach, tyle że naturalną. Nazywają ich nerdami informatycznymi.
– Zaraz, zaraz... Masz na myśli to, żeby wykorzystać przeciwko Chakierowi i tej blondynce nerda informatycznego? – Hytry prawie się zaśmiał – Słyszałem o nich, to maniacy gier komputerowych! Chyba nie myślisz, że...
– Nie, nie, nie – przerwała Lisiecka ostro i w tej chwili jej dwaj kompani ucieszyli się, że jest wśród nich osoba o tak mocnych nerwach, tym bardziej, że oni temat nerdów średnio ogarnęli – Jakbym mówiła o maniakach gier komputerowych, to bym użyła określenia games nerds.
Mogło wydawać się zaskakujące, że Hytry będąc całkiem niezłym chakierem nie wiedział wiele o hierarchii wirtualnego świata, jednak akurat on był jednym z tych szczęściarzy, którzy nie musieli w niej uczestniczyć. Nie musiał zaczynać od pozycji nerda, żeby mieć imponujący talent do komputerów i, jak teraz zauważył, sporo interesujących rzeczy go ominęło.
– Proszę przez chwilę mnie posłuchać, a zrozumie pan, do czego zmierzam – powiedziała kobieta z miną experta i rozsiadła się na wolnym krześle naprzeciwko Hytrego – Kiedy trafiłam w sieci na wzmiankę o nich i zaczęłam szukać dokładniejszych informacji, znalazłam ich cały ogrom, a to dlatego, że mają bzika na punkcie chakierów i wymieniają się zaskakującą ilością danych. Wygląda to trochę tak, jakby podobnie jak oni, interesowali się informatyką, ale to nie to. Często nie mają pojęcia o programowaniu czy przeprowadzaniu włamań. Ich interesują ludzie, którzy to robią.
– Obserwują ich?
– Dokładnie, wszystkich nie dość ostrożnych. Żyją informacjami o nich, do tego większość z nich lubi się też wokół nich kręcić, a nawet, co ciekawe, stara się ich zlokalizować – w tym miejscu zdało jej się, że szef bardziej nadstawia uszy – Tak zwane geeki i nerdzi biorą przykład z chakierów i ich ulubionym zajęciem jest naśladowanie.
– Chwila... – przerwał Hytry – Powiedziałaś „geek”..?
– Geeki to najczęściej chakierzy o statucie ukrytym lub oczekującym na przyjęcie do najwyższego szczebla w informatycznej społeczności. Nerd informatyczny jest z tej całej społeczności najdziwniejszy. Najchętniej przesiedziałby całe życie za swoim firewallem wykonując dziwaczne eksperymenty. Uwielbiają chakierów, zbierają informacje, naśladują ich, a wszystko to po to, żeby też się nimi stać. I czasem nawet nieźle im to wychodzi, bywa, że kiedy jakiś nerd schowa się do stada chakierów, to trudno go od niego odróżnić. Co nas najbardziej interesuje: oni są istnymi chodzącymi bazami danych o chakierach, zupełnie jak niegdyś obiekty badań naszego projektu. Nie są aż tak tak cwani jak chakierzy, jednak są w posiadaniu wielu informacji, które niewątpliwie mogłyby się nam przydać.
– Lisiecka skończyła, ułożyła się na oparciu i znów przełączyła się na uważne obserwowanie rozmówcy. Nie miała już jednak wątpliwości, że Hytry jest za. Jej szef splótł ręce na piersi i przybrał dopracowany złowieszczy wyraz twarzy.
– Nerdy które zbierające informacje o chakierach... – rozmyślał na głos – Ty wiesz, że to jest całkiem niezły pomysł..? Skoro wiedzą wszystko o chakierach, to być może pomogą nam przechytrzyć Charyzjusza Chakiera. I może przy okazji będą wiedzieć coś o tamtej dziewczynie.
– Widzę, że się rozumiemy.
– A kiedy już znajdziemy odpowiedź na dręczące mnie pytanie, Chakier będzie tylko wspomnieniem. All your base are belong to us! – podsumował, po czym wybuchnął właściwym tylko sobie wariackim hihotem.
– Proszę wybaczyć, że znowu przerwę – odezwał się ostrożnie drugi informator, kiedy tylko przełożony przestał wytwarzać hałas, jakby chciał udowodnić, że przyszedł tu nie tylko po to, żeby podpierać ścianę – Jest pan pewien, że na takie rzeczy zgodzi się szef?
– O to się nie martw, Kowalski – odpowiedział Hytry niespodziewanie sprawiając wrażenie, że wspominanie szefa nie jest jedną z jego ulubionych rzeczy – Wszystko już jest ustalone. Teraz chodzi tylko o to, żeby doprowadzić plan do końca. Więc... – ponownie zwrócił się do zadowolonej Lisieckiej – gdzie możemy sobie znaleźć egzemplarz takiej chodzącej bazy danych?
– No skoro tak, to... – mężczyzna nazwany Kowalskim podszedł do biurka i rozłożył na nim niewielki laptopek – tak się składa, że pewna nerdka informatyczna znajduje się tuż obok najbliższego nam punktu sieci bezprzewodowej. Zwą ją Kociarą. Ten obiekt można nawet znaleźć w naszej bazie, proszę spojrzeć – z dumą wskazał kilka linijek na ekranie monitora.
– Czemu tratujecie ich jak jakieś zwierzęta lub przedmioty?– nie wytrzymał nagle jeden z agentów, który dotychczas grzecznie obserwował kolegów. Kiedy zauważył, że wywołał niezadowolenie nie tylko u przełożonego, ale i u Lisieckiej i Kowalskiego, zaczął bardzo żałować, że przerwał poprzednio wykonywaną czynność.
– Ponieważ służą tylko do tego, żeby bawić się komputerem jak zwykły użytkownik i to miło z ich strony, że czasem się do czegoś przydadzą – warknął do niego Hytry niechętnie odrywając wzrok od ekranu – I dalej nie będę tłumaczył. Jeśli nie ma pan, panie Styczyński, nic więcej ciekawego do powiedzenia, to może pan stąd od razu wyjść.
– Przepraszam – wydusił z siebie pytający.
– Jest tu jeszcze ktoś, kto ma do powiedzenia coś bez sensu? – rzucił złośliwie i rozejrzał się po gabinecie, w którym znikąd zrobiło się bardzo cichutko – To chciałem usłyszeć. A więc skoro wiemy gdzie znaleźć tego nerda, to od razu wysłany naszych agentów.
Ku jego zaskoczeniu jednak zamiast potaknięcia usłyszał znowu sprzeciw Styczyńskiego.
– I jak ją pan zamierza złapać? Łapanie nerdów to nie łapanie motyli!.
– O co ci chodzi?
– O to, że pan ich nie docenia. To że nie są chakierami nie znaczy, że są jak dzieci. Napewno nie mają problemów z poruszaniem się w internecie, dużo wiedzą... – rozmyślał – Jeśli wyślemy do niej kogoś niedoświadczonego, to nam zwieje. I być może ostrzeże kolegów.
– Lisiecka? – Hytry w rozterce zwrócił się do nowoodkrytej specjalistki.
– Jest w tym trochę racji... – podrapała się w głowę – Nerdy informatyczne ewolucją razem z chakierami. Teoretycznie może być tak, że ta nerdka będzie tak samo cwana jak ten Charyzjusz Chakier.
– Mówiłem wam, żebyście nie wymawiali tego imienia i nazwiska przy mnie – mruknął Hytry rozstrojony nagłą zmianą sytuacji.
Astenosfera panująca w gabinecie zrobiła się nagle równie niesympatyczna, co kilka godzin temu.
– Wybacz szefie, zapomniałam. A więc skoro może być cwana jak... ten, którego imienia lepiej nie wymawiać, trzeba ją złapać za pomocą... podstępu. Biorąc pod uwagę fakt, że nerdy są mniej bystre od chakierów i geeków, najlepiej byłoby nasłać na nią... któregoś z nich. No a skoro są tak bardzo przywiązani do chakierów... – westchnęła wymownie i urwała w oczekiwaniu. Jej koledzy zerkali z niecierpliwością to na nią, to na Hytrego.
– Dobrze kombinujesz, Lisiecka. Już chyba nawet wiem, kto może podołać temu zadaniu... – zamyślił się z zadowoloną miną, ale nagle coś go tknęło – Chwileczkę... Ludzie, którymi się kiedyś zajmowaliśmy potrzebowali jakiegoś nakierowania na ofiarę. Jeśli nie wiemy o niej zupełnie nic...
– A, tak. Zapomniałam dodać. Ona nazywa się Astroni.
W odpowiedzi na to zdanie po gabinecie znów rozniósł się śmiech. Cała trójka niezależnie stwierdziła, że zaczyna mieć już go dość.
niedziela, 30 stycznia 2011
Epizod 2: In the trash
– „Szukajcie w koszu na śmieci, w skrzynce, w popularnych bazach danych i innych różnych dziwnych miejscach” – przedrzeźniał rozkaz agent Radek. On i jego kompan byli jedną z grupek zwiadowczych wysłanych po informacje w teren, w tym także do Ratmount. Należy dodać, że do najbardziej gorliwych pracowników nie należeli – Ty wiesz, Leśniak, mnie wcale nie rajcuje ten dowcip z koszem na śmieci. Co on sobie myśli? Jasne, że był wściekły, ale...
– Był, był, ale ja się nie dziwię. Ty byś nie był, gdyby wykiwał cię jakiś aspirancik? – zakpił Leśniak – Hytry ma bzika na punkcie komputerów, a założę się, że tamten to nawet nie potrafiłby wypisać „Hello Worda”.
– No tak, ale z nim to akurat nie ma problemu. Mamy całą jego kartotekę w kilku egzemplarzach. Ach, te policyjne zabezpieczenia bazodanowe... – rozmarzył się – Nie mówic już o tym, że to typowy glina: nie przydzielą go, to się nie zainteresuje. Do szukania Hytrego pewnie przydzielą kogoś zupełnie innego, czyli strzał w stopę. Problem jest z tamtą laską...
– O to to..! – pokiwał Leśniak – Nie jest chakierką, więc nie ma nic o niej w internecie poza bzdurami, że „lubi koty”. Żadnych wyróżnień, ani wykroczeń, nie ma jej w żadnych spisach policyjnych...
– Ale żeby jakieś texty o śmieciach rzucać..? – nie wytrzymał Radek.
– Ej no, Radek, filmów nie oglądasz? – agent Leśniak udał oburzenie – Jest to jedna z najbardziej obiecujących metod gromadzenia trudno dostępnych nieuchwytnych informacji! Sztuka ta została spopularyzowana przez samego Sherlocka Holmesa...
– Chyba Cholmesa... – sprostował Radek znacząco trąc kilkoma palcami fragment skóry nad nosem.
– Jak sobie chcesz... I jest ona praktykowana do dziś między innymi przez CSI, ABC i MiB – kontynuował, po czym nie przestając prawić ku konsternacji kolegi zajrzał do jednego z najbliższych koszy – Zobacz, ile fajnych danych możemy tu znaleźć. Często wykorzystanie głupoty ludzkiej jest kluczem do sukcesu. A co niby takiego ciekawego wśród śmieci? Paragony, bilety...
– Patrzcie no, trafiłem na znawcę...
– Poważnie, śmieci to nie tylko zgniłe jedzenie i poniszczone sprzęty AGD/RTV, głupi ludzie czasem lubią tam wyrzucać dokumenty, które nigdy nie powinny trafić w obce łapy. A stąd można sobie wyciągnąć ciekawe informacje ze starego rachunku, a tu jakiś list się znajdzie... Ooo... Pizza... Prawie nie spróbowana...
– Myślę, że nasz szefunio centralnie ma pietra – powiedział nagle Radek wygłaszając swoją myśl na głos i postanawiając zostawić kompana na pięć minut samemu sobie – Tylko pomyśl, miało pójść tak gładko, a to nie dość, że sam dostaje po głowie, to jeszcze ten skubany Chakier wyrzuca nam z akcji mózg całej operacji! Co prawda nadal jest z nim kontakt, ktoś tam przynosi wieści z aresztu, ale ktoś musi po nim na chwilę przejąć pałeczkę i Hytry może nie ogarnąć. A zostało już tylko kilka drobiazgów... Wogóle jak temu Chakierowi udało się go dorwać, znaczy: szefa..? – pytanie było nie do końca retoryczne, więc odruchowo spojrzał na towarzysza – Ej, co ty robisz z tą pizzą???
– No co, dobra jest – wzruszył ramionami Leśniak wpychając sobie kolejny kawałek do ust – Z szynką, pieczarkami i bazylią. Chcesz gryza?
– Chyba kpisz, psu bym jej nie dał!
– Ja też nie dałem.
– Po raz kolejny zastanawiam się, co ty wogóle robisz w naszej organizacji.
– Obowiązkowe praktyki, już ci mówiłem – rzucił Leśniak i słysząc bolesne westchnienie zmienił temat – Ale mnie się ten jego numer z LZMA podobał, wiesz?
– Nie tak głośno! – Radek rozejrzał się, czy gdzieś nie ma kogoś gotowego donieść na nich szefowi, a że nikogo nie zauważy dodał ciszej – Mnie też... „Zapakował” go za kratki... Hehe... Co to było WinRaR? 7zip?
– Teee... – Leśniak popatrzył na niego z niewprawną ironią – 7zipa to ja zjadam na śniadanie.
– Chyba 7daysa... – poprawił Radek głosem przepełnionym załamaniem nerwowym – Chociaż jak tak na ciebie patrzę, to trudno powiedzieć... Wiesz, odsuń się wogóle ode mnie, twoja głupota na mnie promieniuje... Powinni cię wysłać do tego Chakiera, może byś go trochę uszkodził swoim towarzystwem...
– Ej..!
– Tak, to był komplement, nie dziękuj. Ty, a wogóle to jak Hytry zwiał policji?
– Hmm... To było podobno jakoś tak, że zabrał któremuś gliniarzowi komórkę, kiedy drugi wyszedł po pączka. Rozumiesz, siedzieli w trójkę w samochodzie, jeden wyszedł, drugi się zagapił, trzy sekundy i było po fakcie – urwał, żeby ugryźć pizzę – Ale... to trzeba być naprawdę kretynem, żeby zostawiać telefon przy jednym z najlepszych na świecie chakierów...
– Się znalazł znawca kretynów – parsknął Radek nie mogąc przestać krzywić się na widok ostatnich kawałeczków pizzy – Trzeba było ich wziąć do towarzystwa, jak poszedłeś do „Mam talent” grać w Tetrisa.
– Ej, to już było nietaktowne z twojej strony – odpowiedział Leśniak z fochem w głosie – Napewno nie chcesz gryza?
środa, 22 grudnia 2010
Epizod 1: Hytry wraca

/*
Uwaga! Ten wpis i wszystkie kolejne *
z tej kategorii (a duuóużo ich będzie...) *
są kontynuacją opowiadania Zgrzytanie, *
które z kolei jest kontynuacją pewnej historii *
z bloga niejakiego Charyzjusza Chakiera. *
*
Zapoznanie się jest bardzo wskazane:) *
*/



Po tunelu światłowodowym poniósł się czysty przeciągły świst. Ktoś z niemiłosierną prędkością sunął po torze, tak że przy zakrętach tylko znaki zerojedynkowe wyskakiwały spod kół. Na pierwszy rzut oka wyglądało na to, że ten ktoś poprostu bardzo się spieszy, jednak po drugim, długim uważnym spojrzeniu (które w takich warunkach nie było możliwe) pojawiała się właściwa konkluzja, że owy ktoś jest wręcz niewymownie wściekły.
Jak zwykle bywało, współpracownicy Hytrego mieli o dwunastej porę lunchu. Zawsze o dwunastej wykonywali rytualne czynności, jakimi było zaparzanie kawy, wysłanie jednego z kolegów do sklepu po pączki, a ostatecznie zajadanie się pączkami i popijanie przy tym kawy. Trochę ten lunch przypomina tea time jaki mają Anglicy. I zwykle nikt tego rytuału nie przerywał. Aż do czasu kiedy ich szef wrócił do swojej siedziby.
Kiedy wkroczył na pusty, blado oświetlony korytarz, ostre trzaśnięcie drzwiami niemal rozniosło budynek i dało się słyszeć współgrające z nim dobrze tu wszystkim znane stukanie ciężkich podkutych butów. Było podejrzanie szybsze i twardsze niż zwykle i chociaż nie towarzyszyły mu żadne inne objawy poza wspomnianym odgłosem rozwalania budynku, to kumulacja tych dźwięków od razu wywołała reakcję obronną u obecnych zajmujących najbliższe miejsca komputerowe, a niewiele później u reszty. W jednej chwili wszystkie pączki zostały schowane pod biurka, podobnie siorpania towarzyszące popijaniu kawy ustały, zamarły rozmowy i dźwięki pukania w klawisze. Miało się wrażenie, że nawet mruczenie komputerów nieco przycichło. Kiedy Haron Hytry przestawał być spokojny i subtelnie złośliwy, kiedy ze sztywną miną dosłownie przelatywał pomiędzy monitorami, kiedy nie potrafił ukryć irytacji i nie prosił od razu o podanie kawy, wtedy było źle.
Kilka osób już wiedziało, co musiało się wydarzyć, ale jak na razie nie miało zamiaru wydawać z siebie głosu. Woleli udawać... coś, co przypominałoby spokój i liczyć na nietakt kilku niedawno zwerbowanych żółtodziobów, którzy jeszcze nie traktowali Hytrego należycie poważnie.
Jednak nikt się nie odezwał.
Hytry rozejrzał się, obrzucił wszystkich ognistym wzrokiem, po czym nonszalancko odrzucając płaszcz usadowił się na najbliższym krześle obrotowym i położył nogi na biurko. Rozległo się kilka bolesnych skrzypnięć. Próbował o czymś rozmyślać, ale nie był w stanie.
Nadal nikt nie miał odwagi nic powiedzieć. W sumie śmierć spowodowana zabiciem wzrokiem mogłaby być bardzo bolesna, pomimo że dotychczas nikomu jeszcze się nie przytrafiła.
Hytry westchnął głośno, tak że całą salę wypełnił jeden niski szumiący dźwięk. Kilkanaście innych osób znajdujących się w pomieszczeniu zastanawiało się, czy kiedykolwiek wcześniej był w takim stanie i co w związku z tym teraz ze sobą zrobić. Pewnie łatwiej byłoby im coś skomentować, gdyby ich szef poprostu rozniósł wszystko dookoła.
Krzesło ponownie skrzypnęło, a Hytry wstał i nagłym wybuchem złości pchnął je na ścianę. Stojąc przed zalaną zimnym światłem gładką ścianą przejechał ręką po twarzy i przeczesał potargane włosy. Nie pomogło. Wnikliwy obserwator dostrzegłby, że zrobił się lekko czerwony na twarzy.
– Uciekł..? – nagły szept rozerwał wszechogarniającą ciszę niczym spadająca lawina i w tej samej chwili zniknął. Hytry odwrócił się machinalnie. Ktoś nie wytrzymał parzącej atmosfery, która od około dwóch minut nie chciała się rozluźnić, nie zapowiadało się jednak, żeby miał dać więcej oznak życia. Hytry nie miał w zwyczaju rzucać odpowiedzi w pustą przestrzeń, więc ponownie przebiegł zgromadzonych coraz bardziej rozwścieczonym wzrokiem. Cisza. Stojący obok niego porcelanowy dzbanek skoczył dwa metry przed siebie i z hukiem rozleciał się na lśniącej posadzce.
– Nie uciekł – ktoś wysunął się zza drzwi.
Hytry odnalazł go wzrokiem. Był to jeden z tych, którzy towarzyszyli mu przy odwiedzinach w domu Charyzjusza Chakiera. Jeden z tych, który miał spotkanie trzeciego stopnia z RSami.
– Znowu był lepszy. Nieprawdaż?
Akurat ten mężczyzna jako bliższy współpracownik Hytrego mógł sobie pozwolić na wiele, jeśli chodzi o dogadywanie mu, jednak tym razem ostatnie słowa podziałały jak iskra na dynamit.
– Lepszy! – syknął Hytry i stłumił swój głos wariackim śmiechem – Jak zwykle miał szczęście!
– Jak zwykle... – powiedział wzdychając mężczyzna, jednak jakby ciszej niż poprzednio.
– Wyobraź sobie, że zjawił się tam Ściema! – mówił Hytry zgrzytając zębami i krążąc bez sensu po pokoju – Nadal czuję tego guza na głowie... Ktoś powie mi, skąd on się tam wziął?! – a ponieważ nikt nie poczuł się wystarczająco kompetentny wskazał małą grupkę pod przeciwległym oknem – Ty, Nawolski i ten obok... Mam to zaraz wiedzieć!
– Z całym szacunkiem, ale... – pewnej kobiecie przeszedł właśnie ostatni stan lękowy i po długim namyśle zebrała się na odwagę – Wydaję mi się, że nie jest aż tak ciężko wytropić kogoś, kto pozostawia za sobą tak niedyskretne ślady – widząc zainteresowanie ze strony szefa nabrała nieco pewności – Weźmy na przykład zniszczony załącznik pocztowy... Każdy szanujący się serwer pocztowy odnotuje taką awarię w logach.
– A policja ma prawo z nich skorzystać... – odezwał się jeden z tych, którzy od kilkunastu sekund mieli zajmować się wyszukiwaniem informacji.
– Dokładnie – kontynuowała kobieta – Nie można też wykluczyć, że Chakier...
– Nawet nie wspominaj tego imienia! – wybuchł znowu Hytry rozważając, czym jeszcze może rzucić o podłogę.
– To jest nazwisko – pisnął ktoś i od razu pod wpływem miażdżącego spojrzenia upominanego schował się pod biurko.
– Zamknąć się! – wrzasnął Hytry, po czym warknął do siebie – To nie tak miało być. Wiedziałem, że to może nie wypalić, ale... On wkońcu mógł to przewidzieć, wiedział, że za nim jadę. Ale... – urwał.
– Masz na myśli Ratmount? Dzień wcześniej? – znów jeden z jego kolegów okazał się odważniejszy od otoczenia, jednak Hytrego nie obchodziło już, kto to był.
– Owszem – powiedział powoli – Powiedzcie mi... kim... ona... była???
Kilka osób zaczęło spoglądać na siebie nawzajem.
– Jedno wiemy napewno – powiedział jeden z pracowników od razu – Nie jest chakierką.
– I?
– Niestety nie mamy śladu po jej nazwisku, miejscu zamieszkania...
– Macie z tym jakiś problem? – warknął Hytry zniecierpliwiony.
W odpowiedzi na to pytanie wszystkie głowy pochyliły się nad klawiaturami. „Rzekomo mam tu najlepszych na świecie google chakier'ów” przewrócił oczami Hytry zerkając ostatni raz na zaprowadzony porządek i zbierał się do wyjścia.
– Nie pozwolę, żeby ktokolwiek właził mi w drogę – poinformował szum klikających palców za plecami – Zwłaszcza jeśli nie jest chakierem.
Właśnie wtedy jednemu z pracowników, który dotychczas się jeszcze ani razu nie odezwał (przeszkadzały mu zaciśnięte zęby) udało się wyrzucić z siebie dręczące go pytanie:
– Dlaczego pozwolił jej pan wtedy odejść?
Hytry zatrzymał się i przewrócił oczami. Wreszcie spojrzał w kierunku, z którego dochodził głos. Gdyby zrobił dwie ostatnie czynności w kolejności odwrotnej, z pewnością efekt byłby lepszy, jednak wspomniany mężczyzna i tak miał już na dzisiaj zszarpane nerwy. Zwłaszcza że teraz szef patrzył właśnie na niego.
– Automatyczny alarmowy system rozpraszania fal elektromagnetycznych – odezwała się niespodziewanie ta sama kobieta, co wcześniej – Niszczy przesyłane bezprzewodowo dane w promieniu stu metrów. Dyrektor widać sam nie wiedział, że coś takiego mają.
– Słyszał pan – uśmiechnął się Hytry po raz kolejny uwidaczniając swój podły nastrój.
– To jest coś takiego jak... – dociekał pytający dla pewności – Kilka miesięcy temu przed siedzibą Sejmu? Kiedy pielęgniarki nie mogły dzwonić..?
– Dokładnie coś takiego – potaknęła dyskretnie kobieta mając szczerą nadzieję, że jej kolega właśnie skończył wydawanie z siebie dźwięków.
– Gdybym został tam pięć sekund dłużej – kontynuował Hytry – to już bym nie wyszedł. A ta smarkula myśli, że mnie przechytrzyła... Macie o niej do wieczora wiedzieć wszystko! Wszystko, jasne?!
– Ale... – wypalił ktoś w imieniu wszystkich – Ale... Ale skąd?
– Nie obchodzi mnie to, jasne? – Haron Hytry wymówił rozkaz możliwie jak najwyraźniej, co zgodnie z założeniem dało efekt odwrotny – Zróbcie tak, żeby działało. Skoro wasz syntezator implikacji prawdopodobieństwa nawalił, to teraz musicie to poprawić! Szukajcie w koszu na śmieci, w skrzynce, w popularnych bazach danych i innych różnych dziwnych miejscach. W naszym planie nie może być już więcej luk – wziął głęboki oddech – Chakier jest już wystarczającym problemem. Musimy się jej pozbyć.